Odnawianie stuletniego kufra
Aż chce się powiedzieć – dziś takich kufrów podróżnych już nie ma. 😊 A właściwie są, ale tylko stare, pochodzące z początku XX wieku, a nawet końca XIX. Sponiewierane, zniszczone mniej lub bardziej, jednym słowem – wymagające renowacji. Taki właśnie kufer trafił do mojej pracowni.

Trochę historii
Przekopałam mnóstwo stron w internecie w poszukiwaniu informacji o firmie produkującej te kufry, ale bezskutecznie. Jedyne co udało mi się znaleźć to reklamy w starych gazetach. Najstarsza, która znalazłam pochodzi z 1889 roku.
Wygląda na to, że pierwotnie właścicielem był T. L. Breyemeyer, a następnie Stanisław Krause. Firma miała siedzibę w Warszawie na ul. Królewskiej 1, róg Krakowskiego Przedmieścia. Asortyment jak widać był dosyć bogaty, później chyba został okrojony, bo na początku wieku XX jest mowa o Fabryce i Magazynie wszelkich przyborów do podróży, konnej jazdy i polowania, a później o Fabryce i Magazynie wszelkich przyborów do podróży – tak jakby firma się wyraźnie sprofilowała. Określają się też jako „Jedyna w kraju fabryka kufrów trzcinowych”. Adres ciągle jest taki sam. Jakie były losy firmy i właścicieli w czasie wojny i po wojnie – nie wiadomo. Reklamy pojawiają się jeszcze w latach 30-tych.
Odnawiany przeze mnie kufer rzeczywiście pochodzi z tej fabryki. Posiada na boku metalową tabliczkę znamionową (niestety, nie zrobiłam zdjęcia) oraz wklejaną „metkę” na wewnętrznej stronie wieka (udało mi się ją przenieść na nowe płótno).
Odnawianie zewnętrznych elementów kufra
Z zewnątrz miałam go tylko odświeżyć, bo powierzchnia była w całkiem dobrym stanie. Te kufry mają konstrukcję drewnianą, oklejoną na zewnątrz grubym płótnem (być może trzcinowym, jak w reklamie, ale to tylko przypuszczenia). Całość jest dodatkowo wzmocniona drewnianymi listwami umocowanymi na całym obwodzie kufra. Ten model miał jeszcze skórzane wzmocnienia boków i narożników. Oprócz tego skórzane rączki do przenoszenia, mosiężne okucia.
Najtrudniejsze w odnawianiu takiego kufra jest to, że nie da się go rozłożyć na części. Wszystko jest zespolone nitami, więc trzeba byłoby je poodcinać, a później zamontować nowe. Trzeba poradzić sobie z kufrem w jednym kawałku.
Płótno było w całkiem dobrem stanie. Gdzieniegdzie były niewielkie ubytki. Uzupełniłam je kitem do drewna, w niektórych miejscach podkleiłam kawałki płótna i to wszystko.




Płótno było przede wszystkim brudne. Umyłam je wodą z delikatnym środkiem myjącym, trochę szorowałam miękką szczoteczką, ale obawiałam się, żeby nie uszkodzić płótna. Po wyschnięciu zabejcowałam i zawoskowałam.
Drewniane listwy zeszlifowałam trochę elektryczną szlifierką, ale większość ręcznie. Następnie zabejcowałam i polakierowałam.


Mosiężne okucia były zaśniedziałe, z warstewką brudu. Oczyściłam je wełną stalową.


Skórzane brzegi, narożniki i uchwyty umyłam, większe zabrudzenia wyszorowałam szczoteczką, trochę podkolorowałam bejcą i zabezpieczyłam bezbarwnym woskiem.


Ten kufer (i wydaje mi się, że większość) miał na wieku inicjały. Odświeżyłam je czarnym markerem.


I na tym zakończyłam prace nad zewnętrzną częścią kufra. Rzeczywiście, było to tylko odświeżenie.
Odnawianie środka kufra
W rozmowie telefonicznej właścicielka powiedziała, że zależy jej na zrobieniu nowego środka, czyli wyklejeniu go tkaniną oraz oklejeniu szuflad. Zupełnie nie zrozumiałam o co chodzi z tymi szufladami (szuflady w kufrze?), a ponieważ właścicielka była wiekową osobą, pomyślałam, że coś jej się pomyliło. Okazało się, że owe szuflady to w rzeczywistości dwie półki (wkłady) nakładane na wnętrze kufra, na mniejsze przedmioty (bieliznę, biżuterię, kosmetyki itp.). Czyli doszły dwa elementy do oklejenia oraz ścianka działowa.
Cały środek wyklejony był cieniutkim płótnem w paseczki. Miałam nadzieję, że po zdjęciu tego płótna pokaże się ładne drewno, które zabejcuję, polakieruję i będzie pięknie. Niestety, drewno było poplamione klejem (to jeszcze dałoby się usunąć), a na wierzchu było mnóstwo takich elementów montażowych jak gwoździe, końcówki nitów, wklejonych kawałków płótna. Poza tym drewno nie należało do najpiękniejszych – sęki, przebarwienia, nierówności. Tak więc nie pozostało nic innego jak okleić wnętrze kufra nową tkaniną.
Usunęłam starą tkaninę, przeszlifowałam drewno i zaczęłam myśleć jak przykleić nowe płótno.


Zajęło mi to pewnie z miesiąc, albo i dłużej. Miałam problem z klejem, ponieważ każdy, którego próbowałam, przebijał przez płótno. Po zaschnięciu zostawały nieestetyczne plamy, szczególnie w miejscach zagięcia tkaniny, czyli na brzegach. I nagle mnie olśniło. Przypomniało mi się, że jest coś takiego, a na dodatek mam to w domu, jak termotopliwa siateczka do podklejania żelazkiem. Używa się jej na przykład do listew w spódnicach czy skracania firan, zasłon. Kiedy już to wymyśliłam, wykończenie środka zajęło mi jeden dzień.
Wykroiłam z płótna „formy” na każdą powierzchnię. Na dół wycięłam jeden kawałek na trzy płaszczyzny – przód + dno + tył oraz dwa boki. Każdy z zakładem około 2 cm. Termotopliwą siateczkę pocięłam na 2-centymetrowe paski. Na brzeg każdego kawałka tkaniny układałam siateczkę, zawijałam i przyprasowywałam żelazkiem. W ten sposób powstały gotowe formatki, które wystarczyło przykleić. Ponieważ brzegi były grube (podwójna warstwa płótna) klej nie przebijał na prawą stronę formatki. Przykleiłam je klejem tapicerskim w sprayu. Na samej górze, w miejscach, w których trudniej łapał klej zastosowałam ściski.
Tak samo przykleiłam płótno na wieko kufra.


Dodatkowo na wieku przykleiłam metkę z nazwą producenta.

Na koniec pozostały owe nieszczęsne szuflady. Ta na dole miała długie uchwyty do wyjmowania, górna – otwory w krótszych bokach. Obydwie wyposażone były w taśmy do zapinania, tak jak we współczesnych walizkach.


Sposób oklejenia był dosyć skomplikowany, na dodatek dno również było z płótna, wzmocnione drewnianą listewką od spodu. Postanowiłam uprościć odnowienie tych szuflad. Po pozbyciu się wszystkich tkanin, pozostały tylko boki, taka drewniana ramka. Zabejcowałam ją i polakierowałam, a na dno dałam obciągniętą płótnem płytę z cienkiej sklejki.
Taśmy do zapinania uszyłam nowe, ze starych wykorzystałam tylko „żabki” do zapinania.


I na tym zakończyłam renowację, która choć wydawała się prosta, to przysporzyła mi kilku nieprzespanych nocy. Jednak było warto. Właścicielka jest zadowolona. Z tego co wiem, zastanawia się, któremu potomkowi przekazać kufer w spadku. 🙂 A ja zdobyłam nowe doświadczenie.



